Sytuacja, która powtarza się co roku od wiosny do późnej jesieni.
W piwnicy, w krzakach, za murkiem, w ogrodzie czy jakimkolwiek innym miejscu…znajdujesz zbite w ciasną gromadkę kocięta. A może dokarmiasz kotkę, która „nagle” się okociła. Tak czy owak masz przed sobą maleńkie, jeszcze ślepe kocie noworodki. Masz też dobre, wrażliwe serce, które wyrywa się do tych drobinek i wszystko w Tobie krzyczy „przytulić, ogrzać, dotknąć!!!”.
Jak poznać, czy kocięta potrzebują pomocy?
Nie rób tego. Powiedz „stop” swojemu dobremu sercu i pozwól przemówić rozumowi.
Jeśli kocięta nie „rozłażą się” na wszystkie strony, to znaczy, że niedawno nakarmiła je matka, która pewnie teraz sama szuka gdzieś niedaleko pożywienia – wszak nawet ona musi od czasu do czasu coś zjeść. Być może zaniepokojona siedzi teraz w pobliskich zaroślach i obserwuje Cię, gdy stoisz nad jej dziećmi, rozmawiasz z kimś przez telefon, hałasujesz. Jeśli weźmiesz je do ręki, zaczniesz dotykać, zostawisz swój zapach i kocięta staną się dla swojej matki „obce”. Nie podejdzie już do nich, nie nakarmi, ucieknie. Wtedy będą zdane rzeczywiście tylko na ludzką łaskę i niełaskę.
Co robić na miejscu?
Odejdź stamtąd. Jeśli jesteś zaniepokojony, obserwuj kocięta z daleka, sprawdzaj, czy matka nie wróciła, ale rób to dyskretnie. Jeżeli chcesz pomóc, postaw tam jakiś karton wysłany miękkimi ręcznikami czy kocem. Zadbaj o to, by kotka miała co jeść. Pamiętaj o czystej wodzie do picia. Dzięki temu nie będzie musiała odchodzić daleko od kociąt, a sama będzie miała więcej sił, żeby je wykarmić i dobrze się nimi zająć.
Jeśli teraz zabierzesz kocięta, narazisz ich matkę na ryzyko infekcji i ogromny ból. Bo przecież ona dalej będzie produkować mleko i bez leków jej laktacja tak szybko się nie zatrzyma. Nie rób niczego na własną rękę. Jak najszybciej skontaktuj się z kocią fundacją działającą w Twojej okolicy. Doświadczeni wolontariusze będą wiedzieli, jak pomóc matce.
Czy schronisko to dobre wyjście?
Jeżeli już musisz je zabrać, zrób to, gdy będą miały kilka tygodni – tak naprawdę najlepiej, gdyby były z matką przez pierwsze 3 miesiące życia, ale nie zawsze jest to możliwe. Nie zabieraj nowonarodzonych kociąt i nie przyjeżdżaj z nimi do schroniska dumny, że oto je uratowałeś. Będę brutalna – w schroniska usypia się ślepe mioty.
Nie dlatego, że sprawia to komukolwiek przyjemność albo pracują tam ludzie bez serca. Odchowanie kocich noworodków jest w schronisku nierealne. Poza tym schronisko jest prawnie zobowiązane do eutanazji ślepych miotów.
A może pomóż samodzielnie?
Jeżeli już jednak koniecznie musisz je zabrać, to weź na siebie odpowiedzialność za wykarmienie ich.
Tak, właśnie o to mi chodzi – zajmij sie nimi. Pracownicy schroniska na pewno bardzo chętnie dadzą Ci wskazówki, jak to zrobić, zresztą uzyskasz je także w fundacjach czy internecie. Nie, nie będzie to proste, wręcz przeciwnie. Pracujesz i nie masz czasu? W schronisku w „kocim sezonie” przebywa czasem 200 albo więcej kotów, więc przy najlepszych chęciach trudno tam o indywidualne podejście. A koci noworodek potrzebuje karmienia i masowania brzuszka czasem nawet co godzinę… Zobacz, jak trudno jest poradzić sobie z jednym oseskiem w warunkach domowych. Przekonasz się wtedy sam, czy zasadne są Twoje oskarżenia i wyzwiska, gdy nazywasz pracowników schroniska potworami i mordercami, którzy nie chcą pomóc.
Czy to może kocięta Twojej własnej kotki?
A może to Twoja własna domowa kotka urodziła i nie wiesz, co zrobić z maluchami, a najlepszym rozwiązaniem wydaje Ci się zabrać je matce i przywieźć do schroniska…. Nie będę Ci teraz prawić morałów, ale….jeśli już naprawdę nie widzisz innego wyjścia, to chociaż zrób to za parę tygodni. Pozwól kotce wykarmić je i wychować. Przecież tyle możesz dla niej zrobić – i dla nich także, bo każdy dzień z matką to szansa na lepsze, zdrowsze życie. Będą bardziej odporne na choroby, na które są narażone w schronisku. Będą lepiej „wychowane” przez kotkę, nauczone większej samokontroli, a to na pewno pomoże im potem znaleźć domy.
Cóż mogę Ci jeszcze napisać? Pomagaj z głową, proszę. Tylko tyle i aż tyle.